501 – zgniła zieleń z PAESE, czyli jeden z ostatnich ulubieńców :)

Hejka :D Ostatnio mam straszną fazę na stemplowanie. Nie zaczynam planowania manikiuru od konkretnego koloru, czy lakieru ale od płytki. Biorę jakąś w rękę, wybieram wzorek i dopiero później myślę z jakim lakierem/lakierami skomponować dany motyw.

Teoretycznie najaktualniejsze płytki, to te ze śnieżynkami. Ale że śniegu póki co nie ma, to ja się jeszcze chwilę zatrzymam przy płytce liściastej (mowa o B.04 leaves of happiness). Od jakiegoś czasu mogę ją zdecydowanie zaliczyć do swoich ulubionych (z resztą jak wszystkie płytki B. loves plates…), ponieważ jest rewelacyjnej jakości, wzory się bardzo ładnie odbijają, a przy okazji są duże (mam sporą płytkę paznokcia, czyli dla mnie są w sam raz), ciekawe i zróżnicowane. Już ją tu kiedyś pokazywałam, ale jeszcze przypomnę, jak liściasta płytka wygląda :) A o tak:

Poprzednim razem korzystałam z tej płytki przy okazji zdobienia ze złotymi listkami. Możecie sobie przypomnieć o którą notatkę mi chodzi klikając o TUTAJ ;) Tym razem liście będą bardzo kolorowe, mimo że utrzymane w jesiennej kolorystyce. Zacznijmy jednak od lakieru bazowego, na którym całe zdobienie się opiera i który jednocześnie jest moją nową ulubioną zielenią (przynajmniej w okresie jesienno-zimowym).

PAESE 334 – lakier ma bardzo mało zachęcający kolor, przynajmniej kiedy się patrzy na buteleczkę. Na paznokciach bardzo dużo zyskuje, bo wygląda intrygująco (w  końcu zieleń nie jest zbyt często spotykaną barwą na paznokciach!), przez stonowany odcień jest w jakimś stopniu elegancki i niezobowiązujący. Podobnie jak szarość czy zgaszony granat. Mi przypadł bardzo do gustu, a szczerze mówiąc nie spodziewałam się tego ;)

Lakier jest rzadki i należy go nabierać na pędzelek w niewielkiej ilości, bo w przeciwnym wypadku spłynie na skórki. Oczywiście mnie to spotkało, bo używałam go po raz pierwszy i jeszcze nie miałam zbyt wielkiego pojęcia o tym, jak się z nim obchodzić ;) Sam pędzelek jest niewielki, wąski – drobny po prostu. Trzeba trochę nim pomachać, żeby szczelnie zamalować całe paznokcie ;) Wygodnie się nim manewruje przy skórkach, ponieważ jego włosie jest mięciutkie i nie stawia jakiegokolwiek oporu.

Krycie określiłabym jako standardowe, bez większego szału. Pierwsza warstwa nawet całkiem nieźle zakrywa płytkę, ale widać jeszcze mocne prześwity, dlatego druga warstwa jest absolutnie wymagana. Dzięki temu, że lakier jest rzadki – wysychanie nie stanowi najmniejszego problemu. Warstwy jedna po drugiej nakładamy cieniutkie, dlatego też wysychają całkiem sprawnie, za co im chwała ;)

Po wyschnięciu lakier nie ma zbyt szklistej, błyszczącej powierzchni. Tafla jest umiarkowanie błyszcząca. Dlatego rekomenduję nałożenie na lakier błyszczącego topu, bo sam w sobie lakier wygląda na… hm… jakby niedopracowany. Jeszcze przy tym kolorze brak połysku wygląda jak… kupa (nie dosłownie! ale wiecie co mam na myśli. do dupy po prostu) ;)

Utrzymuje się na paznokciach bez odprysków przez około trzy dni (wtedy pojawiły mi się pierwsze, małe uszczerbki). Przetarte końcówki widać również po trzech dniach. Oczywiście pamiętajcie, że uzależnione jest to od charakteru naszej pracy i codziennych czynności, jakie wykonujemy w domu czy gdziekolwiek indziej :)

No dobrze, lakier już znacie. Napiszę Wam jeszcze tylko, że zdjęcia absolutnie nie oddają jego uroku. Na żywo prezentuje się dużo lepiej :) Teraz przejdźmy do wspomnianych wcześniej jesiennych listków!

Na paznokciach zrobiła się mała, kilkuwarstwowa kanapka ;) Ale zacznijmy od początku. Na zielony lakier PAESE najpierw chciałam nałożyć kolory: złoty (B. a Golden Queen), rudy (B. a Scary Pumpkin), jasnozielony (B. a Fresh Mojito) i pomarańczowy (B. a Juicy Tangerine). A dopiero później miałam w planach odbicie czarnym lakierem (B. a Dark Knight) wyraźnych liści, które na płytce znajdują się na samym dole po prawej stronie.

Początkowo myślałam o jakimś cieniowaniu tymi kilkoma kolorami na zasadzie odbicia gradientu gąbeczką do makijażu. Ale pomyślałam, że są to przecież lakiery do stempli, więc zrobię stemplową kanapkę ;) I tak oto odbiłam dwukrotnie wzorek z dolnego rzędu, znajduje się on na samym środku i wygląda jak suche gałązki albo korzenie. Do pierwszego odbicia użyłam lakieru pomarańczowego i zielonego (pociapałam nimi na zasadzie przypadku po wzorku, przeciągnęłam zdrapką i to co wyszło, to odbijałam na paznokciach). Druga warstwa również gałązek to mieszanka lakieru złotego i błyszczącego rudego. Jak się dobrze przyjrzycie zdjęciom, to dostrzeżecie każdy kolor ;) Powstała z tego niezła mieszanka, ale przecież jesienne liście też nie są często jednokolorowe, a wręcz eksplodują ilością barw :) Na samym końcu odbiłam czarnym lakierem piękne listki, które już wielokrotnie widziałam na paznokciach u innych blogerek i zawsze mi się bardzo podobały :)

No i to tyle! Mi się jesienne liście bardzo podobają, mam nadzieję, że Wam również przypadną do gustu ;)

480, 481 – może kolekcja trochę nie na czasie, ale…

Kto mi w sumie zabroni! Mój blog, moja decyzja co będę na nim pokazywała ;) A tak w ogóle, to myślę, że bardzo Wam się spodoba to, co zobaczycie :) Jest to wesoły manikiur, przełamujący szarugę, rzucający się w oczy dzięki swoim intensywnym barwom, łatwy w wykonaniu i w ogóle ma same zalety :P

I jak pierwsze wrażenia? :P Czasem jak mam kiepski humor i jednocześnie chwilę czasu wolnego, to serwuję sobie taki właśnie kolorowy, ozdobny manikiur. Wtedy za każdym razem kiedy spojrzę na swoje paznokcie od razu mi jakoś przybywa energii i dobrego samopoczucia :) Magia? :D

Naklejki widoczne na paznokciach serdecznego i środkowego palca pochodzą z Born Pretty Store. Po kliknięciu na poniższe zdjęcie przeniesiecie się bezpośrednio na kartę produktu, a więc… klikamy! :P

Ich koszt to całe 1,99$ :) A na dodatek na jednym arkuszu macie jeszcze trzy inne motywy kwiatowe, które możecie nakleić na swoje paznokcie ;) Oczywiście mam cały arkusz i pozostałe trzy rodzaje naklejek prędzej czy później pokażę na blogu ;)

Samo ich aplikowanie na paznokcie nie jest ogromną filozofią i w zasadzie ja sobie z tym radziłam od samego początku, więc i Wy dacie radę :) Najpierw rozcinamy arkusz na małe prostokąty, tak aby jeden fragment wystarczył na jeden paznokieć. Zdejmujemy przezroczystą folię ochronną, a resztę wrzucamy na kilka sekund do wody o temperaturze pokojowej. Wyjmujemy naklejkę z wody i bardzo delikatnie opuszkami palców lub pincetą ściągamy naklejkę z białej tekturki (powinna się zsunąć bez problemów). Przykładamy naklejkę na paznokieć, usuwamy nadmiar po bokach (wacikiem kosmetycznym lub cienkim pędzelkiem zamoczonym w zmywaczu). Na wierzch kładziemy top coat i zrobione! :) Mój ulubiony tutorial (na dodatek w języku polskim) znajdziecie pod tym linkiem! Mam nadzieję, że okaże się dla Was wystarczająco pomocny.

Jeśli będziecie chciały kupić naklejki wodne lub inne gadżety do ozdabiania swoich paznokci, to oczywiście nie zapominajcie o kodzie zniżkowym GYSQ10 :) Daje on Wam 10% rabatu na wszystkie nieprzecenione produkty. Jeśli jest taka możliwość, to czemu by nie skorzystać? ;)

Lecimy dalej! O naklejkach już opowiedziałam, teraz czas na lakiery :) Pochodzą one z letniej kolekcji Wibo HELLO summer, a mają numery 5 oraz 7. Jakoś nie zakochałam się w tej serii, mimo że były w niej całkiem fajne kolorki. Po prostu coś między nami nie zaskoczyło. Wiecie jak to czasem bywa? Niby wszystko fajnie, niby kolory ładne, ale nie ma tego… wow. I tu właśnie żadnego wow nie było. Ale cóż, może się przynajmniej Wam spodobają i jak wrzucę je na kolejną wyprzedaż, to znajdą domy, w których ktoś je pokocha ;)

Wibo HELLO summer nr 5 – śliczny fiolet, jasny, kremowy, bez dodatku błyskotek. Kryje przy dwóch warstwach, wysycha w standardowym tempie, wytrzymuje około czterech dni bez odprysków. Nie ściekał na skórki, nie smużył, generalnie ma fajną konsystencję dzięki której malowanie paznokcie to łatwizna ;) Ale… chemii nie ma.

Wibo HELLO summer nr 7 – no tu już się bardziej zakumplowałam ;) Limonka wpadła mi w oko od samego początku, jak tylko zobaczyłam ją na sklepowej półce ;) Z tego co pamiętam, to chyba nawet kupiłam ją jako pierwszą z całej serii. Ma mikroskopijny, lekko połyskujący srebrny shimmer. Jest jednak tak subtelny, że nie widać go na pierwszy rzut oka. Na zdjęciach też jest chyba w ogóle niewidoczny, więc musicie mi wierzyć na słowo, że takie zjawisko w przypadku tego lakieru w ogóle występuje :P Również dobrze malowało mi się nim paznokcie i co ważne – nie farbuje płytki (a limonki to niestety potrafią…). Trwałość podobnie jak u fioletu, czyli około czterech dni. Świeżutka zieleń bardzo mi się podoba na paznokciach zarówno solo, jak i w połączeniu z innym kolorem czy zdobieniem. Do tego lakieru być może kiedyś wrócę, ale do fioletu chyba nie. Chociaż… wszystko się jeszcze może zdarzyć ;)

Cała kolekcja Wibo HELLO summer składa się z dziesięciu lakierów. Nie są już dostępne w Rossmannie, ale z tego co widziałam można je w dalszym ciągu kupić w sklepie Wibo online. Więc jeśli ktoś chciałaby się o nie wzbogacić, to macie taką możliwość ;)

A który z tych dwóch kolorów Wam podoba się bardziej? Co sądzicie o naklejkach? :)