459, 460 – Express Dry – niefotografowalne kolory & blobbicure mani

Witajcie ponownie ;) Bardzo mocno się staram nadrobić te swoje nieszczęsne zaległości, dlatego przybywam dziś z drugą notatką :) Jej tematem będą dwa lakiery: Golden Rose Express Dry 66 oraz Golden Rose Express Dry 67. Sąsiedzi, albo może numeryczni bracia. Podobają mi się obydwa i niestety również obydwa zaliczają się do lakierów niefotografowalnych jak to mam w zwyczaju nazywać. Cóż to oznacza? A no tyle, że mają tak oryginalne odcienie, że mój aparat uparcie w żadnym świetle nie chce ich uchwycić. Wychodzą uparcie jako niebieskie i co gorsza, w internecie nigdzie nie znalazłam dobrych zdjęć tych lakierów! :( Musicie sobie wyobrazić ich barwy na podstawie moich opisów…

Jaśniejszy lakier, czyli numer 66 - określiłabym jako jasnozielony z odcieniem niebieskiego, czyli coś pomiędzy miętą (bo klasyczna miętka to to nie jest, o nie!), a seledynem. Taki dziwak z niego ;)

Ciemniejszy lakier, czyli numer 67 - hmm… Cóż, to jest po prostu dosyć intensywny, albo inaczej: nasycony odcień szmaragdowy. O, takie określenie mi właśnie przyszło do głowy ;)

Skoro już wiecie, albo przynajmniej próbujecie sobie wyobrazić jak wyglądają te dwa cudne kolory, zobaczcie co z ich pomocą zrobiłam na paznokciach, a potem jak zwykle – o jakości.

Na wstępie powiem tak: te lakiery znowu mnie zaskoczyły!

Krycie spoko, a ciemniejszy (67) nawet krył już niemalże przy pierwszej warstwie. Jaśniejszy wymagał dwóch, ale za to cienkich :) Bardzo wygodnie maluje się nimi paznokcie. Mają miękkie włosie, rzadką, ale jakby zwartą konsystencję, ich nadmiar nie spływa po pędzelku – no nie mam się za bardzo do czego przyczepić. Na dodatek cena 4,90zł powala z nóg :)

Nie odpryskują, przynajmniej mi osobiście nic takiego się nie przytrafiło, za to końcówki paznokci ścierają się zaskakująco szybko. I to nie jest kwestia tylko tych dwóch kolorów. Wszystkie lakiery z tej serii jakie miałam szczęście przetestować charakteryzują się właśnie szybką ścieralnością. Jest jeszcze jeden fakt o którym warto wspomnieć, a mianowicie połysk. Często jest tak, że lakiery szybkoschnące wysychają na mat lub na delikatną satynę. Te lakiery nie dość, że wysychają bardzo szybko, to nawet się błyszczą :)

Jak zapewne zauważyłyście na paznokciach serdecznym i środkowym mam jakieś dziwne plamy… jakby bliżej nieokreślone kształty ;) Jest to blobbicure manicure! Podobno jeden z ostatnich hitów, chociaż ja spotykam go bardzo rzadko na polskich blogach lakierowych. Metoda zdobienia polega na tym, że na jeszcze mokrym lakierze bazowym robimy kleksy kolejnym lakierem (oczywiście w innym kolorze). Te poniekąd zlewają się ze sobą, albo raczej łączą się, tworząc nieregularne kleksy. I tak oto właśnie powstały moje paznokcie! Teoretycznie jest to banalnie proste, ale mi nie wyszło zbyt perfekcyjnie. Walałabym, żeby plamki na obydwóch paznokciach były do siebie mniej więcej podobne, a mi wyszły totalne bazgroły… Podejrzewam jednak, że jest to w dużej mierze kwestia lakierów, jakich użyłam. Do tego najodpowiedniejsze są lakiery bardzo rzadkie i przede wszystkim – nie szybkoschnące ;) Oczywistym minusem takiego zdobienia jest to, że gruba warstwa powstała przez nakładanie tych ciapek schnie cholernie długo. I tu niespodzianka! Bo lakiery GR Express Dry poradziły sobie śpiewająco! Wyschły naprawdę całkiem szybko :) Co prawda jeszcze przez jakiś czas pozostawały plastyczne, ale wierzchnia warstwa była sucha. Aby ich nie uszkodzić przez przypadek, nałożyłam warstwę szybkoschnącego topu. I kurka wodna… uuuuh… zrobiły się bąbelki! W powiększeniu zdjęcia na pewno je dostrzeżecie. Cóż, najwyraźniej tak się musiało stać.

Tym oto optymistycznym akcentem kończymy wywód na temat dwóch kolejnych świetnych lakierów z Golden Rose. Co do blobbicure – będę jeszcze testowała, bo można fajne rzeczy skomponować ;) Spadam spać! Buziole :)

438, 439 – zimny piasek i zgaszony turkus

Cześć Kobietki ;) Czy Ja Wam się chwaliłam, że ostatnio kupiłam moje pierwsze lakiery Paese po pięć złotych za sztukę? :D W Warszawie w Galerii Mokotów wypatrzyłam ich stoisko. I przechodząc obok zauważyłam jakiś karton stojący na uboczu z informacją „Lakiery 5zł”. Zajrzałam, a jakże! Kolory były, powiedzmy… takie sobie ;) Tylko kilka do wyboru, bo chcieli się pozbyć starej kolekcji (standardowa cena tych lakierów to coś około 15zł, więc też nie najgorzej). Wybrałam pięć względnych odcieni – nawet nie dlatego, że mi się strasznie podobały i nie wyobrażałam sobie bez nich życia, ale dlatego, że nigdy wcześniej żadnego lakieru Paese nie miałam, więc byłam bardzo ciekawa jak się nimi maluje, jak się noszą i czy w ogóle warte są uwagi. Kolor, który dziś ląduje na tapecie (PAESE 337), to przygaszony turkus, coś jakby morska zieleń, kremowy, bez jakichkolwiek drobinek etc… Sam na paznokciach wyglądał trochę nijako, więc połączyłam go z czymś, co na bank wpadnie Wam w oko :) Jestem tego więcej niż pewna :P A będzie to jeden z piasków z letniej kolekcji Wibo wow GRANITE SUMMER Nr 5 :)

I jak pierwsze wrażenia? Który lakier jest bardziej w Waszym typie? ;) Bo w moim w sumie nie jest ani jeden, ani drugi, aczkolwiek z drugiej strony w obydwóch z nich jest coś, co mi się podoba :D Jakby zaprzeczam sama sobie… Jednak to nie żart, z jednej strony wkurzają mnie piaski, bo się je masakrycznie zmywa i nie lubię jak o coś zahaczają. Nie jestem też miłośniczką akurat tego odcienia zieleni – czyli zgaszonej, jakby spłowiałej z domieszką czegoś niebieskiego. Wbrew temu, w połączeniu tych dwóch pasujących do siebie kolorystycznie lakierów jest coś, co mocno przyciąga moją uwagę. Chyba się ze mną zgodzicie ;)

Jak już wspomniała, Paese używałam po raz pierwszy. Generalnie maluje się nim całkiem nieźle, właściwie mogę nawet powiedzieć, że dobrze.Lakier jest bardzo rzadki, więc po dwóch zapaćkanych paznokciach razem ze skórkami zaczęłam go nabierać na pędzelek w niewielkich ilościach ;) A właśnie – sam pędzelek jest niewielki i wąski, można nim precyzyjnie manewrować przy skórkach. Krycie oceniam na czwórkę z mocnym plusem. Pierwsza warstwa kryła już niemalże całkowicie, jednak druga była wskazana, no wiecie, żeby żadnych prześwitów nie zostawić… Wysychanie szybkie, nie stwarzało większych problemów. Jedyne do czego się mogę przyczepić, to do tego, że zieleń wytrzymała na moich paznokciach jedynie trzy dni i już poodpryskiwała. Cóż, może akurat przydarzył mi się jakiś peszek ;) Nie jestem w stanie tego zweryfikować, bo jak do tej pory drugi raz po ten lakier nie sięgnęłam i chyba nie zrobię tego zbyt szybko :P Ogólnie podsumowując moje pierwsze podejście do lakierów z tej firmy – nie jestem może jakoś szczególnie zachwycona, ale odczucia zaliczam do pozytywnych.

I teraz piasek :) Podoba mi się na moich własnych paznokciach jak nie wiem co :P Już dawno żaden lakier nie podobał mi się tak bardzo ;) Pomijam więc fakt upierdliwego zmywania i przechodzę do pozostałych istotnych szczegółów związanych z tym lakierem. Po pierwsze wkurzyłam się, bo po opornym odkręceniu buteleczki w domu zauważyłam, że szyjka jest cała upierdzielona w lakierze – ktoś go otwierał w Rossmannie i jakoś masakrycznie nieumiejętnie wepchnął pędzelek z powrotem do butelki przy okazji oczywiście wszystko brudząc. Wybaczcie, ale nie znoszę czegoś takiego… Gdyby ktoś mi mój osobisty lakier potraktował w ten sposób i to jeszcze na moich oczach, poszłabym po najbliższy nóż i poobcinałabym ręce na wysokości łokci!!! -.- Moje lakiery są czyściutkie i nawet jeśli coś mi się niechcący ubrudzi, to myję buteleczkę. No i sory… Przynoszę nowy lakier ze sklepu, a tu się okazuje, że wcale taki nowy to on nie jest, bo ktoś go już zdążył zapaćkać. Wrrr…

Ok. Już ochłonęłam… Błękitny piasek z niebieskimi i pomarańczowymi drobinami ma lekko kleistą konsystencję i nakłada się go raczej grubszą warstwą. Dzięki temu między innymi faktura po wyschnięciu jest wyraźniejsza. Ogólnie wygodnie mi się nim malowało paznokcie bo nic nie uciekało (nie rozlewało się) na skórki i wystarczyła tylko jedna warstwa dla kompletnego wykończenia (jak widać na załączonych zdjęciach – wygląda w porządku) :) Piaski jak już zaschną na paznokciach, to się trzymają zadziwiająco mocno ;) Użyłam go dwa razy i w obydwu przypadkach trzymał się bez zarzutu kilka dni. Zmywanie… No cóż, raczej szorowanie jest czasochłonne i wymaga poświęcenia odrobiny uwagi z naszej strony ;) Oczywiście jestem szczęśliwą posiadaczką bazy peel-off, ale cały czas zapominam z niej skorzystać.

I tak oto notatka dobiega końca… Czekam na Wasze opinie i wrażenia odnośnie tych dwóch lakierów. Macie? Planujecie może je mieć? ;)