400, 401 – poflirtujmy z fioletami! :D

Matko, jest tyle rzeczy o których chcę Wam napisać, że aż sama nie wiem od czego zacząć. Dawno nic nie pisałam, więc istnieje duże ryzyko, że jak popłynę z tą notatką, to na całego, czyli że stworzy się tasiemiec :D A tak zupełnie przy okazji mojego ględzenia pokażę Wam również dwa warte uwagi lakiery ;)

Zacznę może od tematu, który mnie tak mocno zaabsorbował, że aż nie odwiedzałam bloga przez tydzień. I wcale nie chodzi o święta! 2 kwietnia wyszedł nowy dodatek do moich ukochanych Simsów :D Oczywiście kupiłam go jeszcze przed premierą i już w dniu premiery minutę po północy zaczęłam go instalować i grałam do 3 nad ranem. Nie mogłam się po prostu powstrzymać. Co najgorsze, jestem w 100% świadoma, że nikt wśród moich bliskich nie rozumie mojego bzika na punkcie Simsów. Ja również tego nie rozumiem. Tak po prostu jest. Chyba do usranej śmierci będę w nie grała :P Jest tu jakaś Simsomaniaczka? ;)

W sobotę postanowiłam zrobić wielkie porządki w lakierach. To znaczy ja generalnie zawsze mam wszystko poukładane i nie ma szans, żeby doszło do tego, że nie wiem gdzie stoi jakiś lakier. Jak najbardziej miałam w nich porządek. Ale tym razem zmieniła się moja koncepcja w układaniu ich – nie firmami, nie kolorami, nie pojemnością, nie stopniem zużycia! Podzieliłam je po prostu na dwie części: te, które już opisałam zajmują trzy dolne szuflady komody, a te, które jeszcze czekają na swoją premierę na blogu zajmują cztery górne szuflady ;) Jest ich nadal całkiem sporo :P Po dzisiejszej notatce zostanie mi jeszcze do pokazania jedyne 499 buteleczek ;) Chyba podobnie jak z graniem w Simsy – lakiery również będę pokazywała na blogu do usranej śmierci :D A skąd mi w ogóle przyszedł do głowy taki system segregacji lakierów? A no stąd, że od jakiegoś czasu sama zaczęłam zapominać, które kolory już Wam pokazałam, a których jeszcze nie. Każdy lakier niemalże znam z imienia, a tu taki zonk. W życiu bym się nie spodziewała, że mogę zapomnieć, które lakiery już widziałyście. W sumie to może ja się najzwyczajniej w świecie starzeję…

Kolejną kwestią jest to, że usiłuję się zabrać za stworzenie sensownego profilu na Instagramie. Już nawet kilka zdjęć wrzuciłam ;) Dzięki temu będziecie miały podgląd (o ile kogoś to interesuje) na moje paznokcie niemalże codziennie, bo przeważnie (ale nie zawsze) jest tak, że lakier, który aktualnie mam na paznokciach opisuję dopiero po jakimś czasie – kiedy go przetestuję, albo już go zdążyłam opisać, ale że go lubię, to go noszę często ;) I tak na przykład dziś mam na paznokciach KIKO numer 485, a na blogu jeszcze go nie było i nie wiem nawet kiedy będzie ;) A na Insta już byście mogły zobaczyć jak on wygląda :P Więc jeśli ktoś chce, to zapraszam :) Co prawda nie ogarniam jeszcze tych wszystkich hasztagów etc… Ale z czasem może się nauczę jak to działa ;) I jeszcze na dodatek myślałam, że w moim telefonie jest dobry aparat. Jak się okazuje, chyba nie specjalnie lubi się z moimi paznokciami. Albo ja po prostu go nie potrafię obsługiwać. Najważniejsze, że się nie poddaję i coś tam próbuję z nim działać :D

O świętach jakoś specjalnie długo nie będę pisała. Drażnią mnie obecne wszędzie w masowych ilościach zajączki, kurczaczki, baranki, jajeczka, pisanki i tak dalej. Całe szczęście, że przynajmniej w telewizji czy w radio czegoś na kształt kolęd na okrągło nie puszczają :D Nie mówię, że nie lubię świąt, ale ludzie! Celebrujmy je każdy na swój sposób – w domu! A nie w internecie. Wyobraźcie sobie, że na przykład macie na takim, dajmy na to, facebooku 200 lub 300 osób w znajomych. I niech każdy wrzuci na swoją tablicę jakieś słodziutkie, żółciutkie kaczuszki. I Wam się każda taka kaczuszka wyświetla. Wiem, miło popatrzeć na urocze stworzonko :) Ale na 300 kaczek?! Już się odechciewa. Dlatego sama nigdy nikomu żadnych Happy Easter nie życzę. W okresie świątecznym cieszę się bliskimi, z którymi mogę się spotkać, cieszę się wolnymi od pracy kilkoma dniami i jeszcze się cieszę mega wyżerką ;) Aha, i nie maluję paznokci jak pisanek ;)

W sumie chyba to by było na tyle z moich prywatnych wynurzeń :D Możemy teraz spokojnie przejść do lakierów. Ciemny, wręcz powiedziałabym nawet, że bardzo ciemny fiolet, to Sally Hansen Xtreme wear numer 210 Flirt. Jasny, piaskowy fiolet pochodzi z Sensique Art Nails i nazywa się Violet Crushed Ice (nr 192).

Zacznę od piasku, bo o nim chyba będzie mniej pisania. Pędzelek standardowy, niewielki, raczej krótki, wygodny w nakładaniu lakieru. Krycie – dwie warstwy, lub jeśli komuś się nie chce czekać na wyschnięcie, jedna ociupinę grubsza też będzie spoko. Samo wysychanie ogólnie rzecz ujmując kłopotliwe nie było. Powierzchnia paznokci nie jest na tyle chropowata, żeby o wszystko zaczepiać, ale czuć piaskową fakturę wyraźnie. Wytrzymałość oceniłabym na 5+, ponieważ nie pojawiły się żadne odpryski przez cztery dni noszenia lakieru, a na dodatek nawet mi się nie pościerały końcówki. Zmywanie tego fioletowego cuda przemilczę, ponieważ niemiłe wspomnienia wolę ze swego mózgu wyrzucać :P Domyślacie się, jak się go zmywa? ;) Jakby co, to skórek nie farbuje.

Natomiast jeśli chodzi o Flirt… No cóż. Wesoło z nim miałam ;) Kolor jest genialny – bardzo ciemna śliwka z ukrytym, głębokim błyskiem. Wcale nie było łatwo uchwycić ten delikatny połysk na zdjęciach. Na dodatek w rzeczywistości lakier na pierwszy rzut oka wygląda na czarny. W pełnym świetle pokazuje dopiero swoje piękno :) Uwielbiam takie lakiery :) Ale przejdźmy do jego właściwości. Krycie – rewelka. Przy pierwszej warstwie płytka była już pokryta w około 80%, czyli niewiele zabrakło do 100 ;) Na szczęście szybko wyschła i nałożyłam drugą. I wystarczyło. Lakier ma solidną konsystencję, kremową, ale niezbyt gęstą, bez problemu udało mi się go nakładać cienkimi warstwami. Problem miałam jedynie z nadmiernym ściekaniem lakieru po pędzelku, ponieważ jest długi i cały zanurzony w lakierze, a nie da się ściągnąć jego nadmiaru z całej jego długości wycierając o szyjkę butelki. Raz czy dwa zalałam skórki wokół paznokcia i musiałam czyścić palce. Dałam radę, przeżyłam, pozostało się cieszyć pięknym błyskiem na paznokciach :P Końcówki mi się nie pościerały, ale za to trzeciego dnia miałam już odpryski na dwóch paznokciach. Myślę sobie O nieee… przegiąłeś… i go zmyłam. I wtedy zaczęła się impreza :] Okazało się, że ten lakier tak przy zmywaniu brudzi skórki, że mało szału nie dostałam. Najpierw ściągnęłam go z paznokci, później jeszcze raz je przemyłam, żeby się upewnić, że wszystkie są już czyściutkie, a na końcu zabrałam się za szorowanie… Tak! Właśnie szorowanie! skórek z pozostałości pięknej śliwki. Cóż… Jak widać Flirt nie każdemu służy ;) Nie zmienia to jednak faktu, że kolor ma na tyle ładny i nawet nazwałabym go interesującym, że zamierzam go kiedyś jeszcze użyć.

I to by było na tyle. Na koniec chciałabym się z Wami podzielić moimi dzisiejszymi przemyśleniami. To coś na zasadzie mojej prywatnej, złotej myśli :D Świeżo pomalowane paznokcie są skazane na porażkę za każdym razem, gdy na swej drodze spotkają papier toaletowy. I myślę, że na to nie ma rady ;) Dobranoc :*

307 – Brick Wall

Witajcie po raz trzeci :) Wypiłam drugą kawę i mam dużo energii, więc postanowiłam pokazać Wam kolejny lakier. Po za tym jakiś czas temu stwierdziłam, że kupuję więcej lakierów niż opisuję i coś powinnam w tej kwestii zmienić, bo w takim tempie nigdy nie dam rady pokazać wszystkiego co znajduje się w mojej ukochanej, białej komodzie ;) Teraz mam ambitny plan pozwalać sobie na zakup jednego lakieru dopiero po opisaniu pięciu innych. Także wiecie… Plany ambitne, a co z nich wyjdzie… Obawiam się, że pomysł spali na panewce już podczas pierwszej wizyty w jakiejkolwiek drogerii. Ale ciii… ;)

Były słodkie róże, więc teraz może pora na klasykę. Lakier kolorystycznie zbliżony jest do opisywanego całkiem niedawno do you speak love? z Essence. Przyznaję, że mam całkiem sporo lakierów w tym właśnie kolorze, z prostej przyczyny: są idealne do mojej pracy, a po za tym jest to odcień, który każda kobieta powinna mieć chociaż raz na paznokciach :) Oj wiem, już to pewnie kiedyś pisałam :D Wisienka była, jest i będzie zawsze modna, przynajmniej jeśli mamy na myśli nasze paznokcie ;)

Sally Hansen XTREME wear w kolorze bordowym, to numer 90, a nazywa się Brick Wall. I wygląda tak jak widać powyżej :D Jest kremowy, bez żadnych wzbogacaczy, ma swój naturalny śliczny połysk i w sumie mogę powiedzieć, że błyszczy tak ładnie jeszcze przez jakieś dwa dni po pomalowaniu. Później ociupinę matowieje. Po prostu wierzchnia warstwa się delikatnie ściera, aczkolwiek dotyczy to chyba 99% lakierów, jeśli nie 100% :P Mniejsza o większość. Krycie oceniam jako dobre. Po pierwszej warstwie zostają jeszcze delikatne prześwity, ale druga warstwa kryje za to już w pełni. Nie powstają zacieki i smugi. Lakier mimo rzadkiej konsystencji nie stwarza problemów z nakładaniem i dobrze trzyma się paznokcia, w sensie nie ścieka :P Wysycha przyzwoicie szybko, pod warunkiem, że nałożymy cienką warstwę. Raz kiedyś nałożyłam trochę grubszą i niestety męczyłam się z nią dosyć długo zanim wyschła całkowicie. Więc wspomogłam się wysuszaczem, bo w przeciwnym wypadku szlag by mnie trafił. Cóż ja Wam powiem moje drogie Babeczki o jego wytrzymałości. Różnie to bywa :) Czasem mogę go nosić na paznokciach przez niemalże tydzień bez większych uszczerbków, a następnym razem odpryśnie mi drugiego dnia. Także o. Niby jest bardzo dobry i nie ukrywam, że go lubię, a z drugiej strony potrafi mnie też niemiło zaskoczyć.

I w sumie to tyle :) Same zdecydujcie, czy byłybyście w stanie kupić lakier o pięknym kolorze jednocześnie mając świadomość, że może Wam sprawić taką niespodziankę chwilę po pomalowaniu ;) Kończę, ale nie mówię, że jeszcze mnie dziś nie natchnie na jakiś wpis :P A więc… Być może do zobaczenia ;)