504 – to już czas na śnieżynki…

Hejka :) Przez jakiś czas próbowałam się wymigać od pokazania śnieżynkowego zdobienia, ale że ostatnio biały puch nas zaskoczył (o ile można powiedzieć, że śnieg w styczniu jest zaskoczeniem!), to pomyślałam, że najwyższy czas na zimowe paznokcie! :D I przyznaję, że bardzo mi się to spodobało! :) Mam nową płytkę z wszelkiego rodzaju gwiazdeczkami i śnieżynkami i aż grzechem byłoby nie pokazanie Wam jakie cudne mani można wyczarować z jej pomocą :)

Płytka o której mowa to najnowsza propozycja od B. Loves Plates, czyli B.05 let it snow. Wygląda ona następująco:

B. Loves Plates na facebook'uTym razem wykorzystałam motyw, który bardziej wygląda po prostu jak gwiazdki, a nie jak śnieżynki. Chodzi o wzór z ostatniego rzędu, trzeci od lewej strony. Lubię proste motywy i akurat ten wpadł mi w oko. Odbiłam go lakierem dark sea z Colour Alike. Pochodzi on z kolekcji Zima i kupiłam go oczywiście wraz z pozostałymi dwoma kolorami na stronie www.colorowo.pl :)

Podstawą każdego zdobienia jest jednak nie odbity wzorek czy lakier, którego użyjemy do tego celu, ale to, co znajduje się pod nimi, czyli lakier bazowy! W tym przypadku użyłam jednego z moich ostatnich nabytków, czyli lakieru o matowym wykończeniu Sophin Matte Allure 351. Powiem krótko: jest boski! :)

Jak pierwsze wrażenia? :)

Lakier Sophin dostałam w zasadzie od Mikołaja ;) I bardzo się cieszę, że tak się stało, ponieważ nie mam jeszcze podobnego lakieru w swojej kolekcji. Okej, błękitów kilka się znajdzie, ale nie o takich właściwościach i przede wszystkim nie o delikatnym, matowym wykończeniu. Ale po kolei…

Przede wszystkim od razu po odkręceniu buteleczki zwróciłam uwagę, że to kolejny lakier z Sophin, który jest bardzo rzadki. Nakłada się go cieniutką warstwą na paznokcie, bo w przeciwnym wypadku wszystko pościeka. Plusy są takie, że cienkie warstwy bardzo szybko wysychają oraz że zużywamy go w naprawdę niewielkich ilościach, więc w zasadzie jest to też rewelacyjne rozwiązanie dla osób, które na przykład używają lakierów w salonach kosmetycznych. Lakieru wystarczy na bardzo długo.

Co do krycia, to w zasadzie nie jestem jakoś rozczarowana, czy zawiedziona, ale wolałabym żeby krył przy dwóch warstwach. Ja nałożyłam trzy cieniutkie, bo wydawało mi się, że po drugiej widać jeszcze w niektórych miejscach delikatne prześwity. Jak już wspominałam lakier wysycha naprawdę szybko i już po kilku minutach mogłam odbijać wzorki z płytki. Całości nie pomalowałam topem, bo spodobało mi się jak wygląda delikatnie matowy (powiedziałabym nawet satynowo-matowy) lakier w połączeniu z przepięknie błyszczącym lakierem do stempli :)

Wytrzymałość oceniłabym jako całkiem dobrą, ponieważ odpryski nie pojawiły się przez cztery dni noszenia żadne, a jedynie delikatnie starły się końcówki. Do minusów zdecydowanie zaliczam podatność lakieru na wszelkiego rodzaju zabrudzenia. Łapie każdą ryskę, każde przybrudzenie, wszystko. Po tych czterech dniach nie wyglądał już na taki ładny, pastelowy błękit, tylko na przyszarzały. Gdybym potraktowała całość topem, pewnie zabezpieczyłby w dużym stopniu powierzchnię paznokci i nie byłoby problemów z zabrudzeniami :) I chyba zrobię tak następnym razem, kiedy go użyję :)

I to w zasadzie na tyle. Zapraszam Was jeszcze na fan page Sophin na facebook’u – tam znajdziecie mnóstwo recenzji innych lakierów tej marki :)

489, 490 – It’s complicated

Mam dziś dla Was coś superanckiego! Zdobienie jest mega proste, w zasadzie nie ma w nim niczego skomplikowanego, a wygląda na paznokciach tak fajnie, że nie mogę się przestać patrzeć na zdjęcia! Wcześniej nie mogłam przestać zerkać na swoje paznokcie ;) O zaletach wizualnych nie będę opowiadała, po prostu zobaczcie lakiery, które są naszymi dzisiejszymi bohaterami ;)

Zacznę może od lakieru Lovely summer SAND nr 2, bo do niego mam mniej zastrzeżeń :) A więc… Przede wszystkim, ma bardzo ładny odcień różu. Jest delikatny, pastelowy, słodki i jednocześnie nie jest blady i mdły. Widać w nim słodycz różu, ale nie kojarzy mi się z lalką Barbie. Raczej z jakimiś cukierkami ;) Całkiem wygodnie mi się nim malowało paznokcie, nałożyłam dwie warstwy bo pierwsza jakoś mnie nie zadowoliła (prześwity), wysycha też przyzwoicie i co fajne, ma delikatnie piaskowe wykończenie. Nie jest zbyt szorstki, nie zaciąga ubrań, nie drapie. Widać, że to piasek, ale o subtelnej fakturze. Jedyne tak naprawdę uwagi jakie mam wobec tego lakieru, to trwałość, ponieważ poodpryskiwał mi po dwóch dniach. A szkoda, bo nosiło się go na paznokciach bardzo przyjemnie :) Póki co jest to jeden z pierwszych lakierów z tej serii jaki wypróbowałam i muszę powiedzieć, że przypadł mi do gustu!

Jego towarzyszem jest lakier z nowej serii, jaką wprowadził w ostatnim czasie Manhattan. Numer 850 IT’S COMPLICATED z serii LAST & SHINE znalazł się w mojej kolekcji na początku tego miesiąca. To jeden z trzech lakierów (tylko trzech!) w jakie wyposażyłam się podczas ostatnich rossmannowskich promocji (po za tym kupiłam wiele ciekawych odżywek oraz balsamów do skórek). Ma świetny kolor, to niezaprzeczalny fakt. Od razu rzucił mi się w oczy i bardzo mocno zapragnęłam go mieć. W sadzie po pierwszym użyciu nadal byłam z niego zadowolona, do czasu, gdy… Ale zacznijmy od początku! Jest rzadki, mocno lejący i w zasadzie wcale nie taki prosty do opanowania podczas malowania paznokci. Należy go nabierać naprawdę w niewielkiej ilości na pędzelek, bo wszystko po nim ścieka i bardzo łatwo można zabrudzić skórki, a doczyszczenie ich z tego lakieru wcale do najprzyjemniejszych i najłatwiejszych rzeczy nie należy! Właśnie, sam pędzelek jest długi, ma średnio sztywne włosie (całkiem znośne), jest mocno spłaszczony i szeroki oraz zaokrąglony na końcu. Maluje się nim wygodnie tylko tak jak wspomniałam, należy go nabierać w niewielkich ilościach. Kryje rewelacyjnie w zasadzie już przy pierwszej warstwie. Wysycha również w zadowalającym tempie i za co go pochwalam – ma szklisty połysk. Nosiłam go tylko dwa dni, bo jego różowy towarzysz ze zdjęć powyżej poodpryskiwał, więc póki co o trwałości nie mogę się zbyt mocno wypowiedzieć. Zmywałam go w niemalże nienaruszonym stanie :)

Noo i po zmyciu lakieru myślałam, że dostanę jakiegoś zawału, bo tak masakrycznie zafarbował mi paznokcie (pomimo bazy!!!), że nie planuję zbyt szybko znowu po niego sięgnąć ;) Moja płytka czasem jest lekko żółta, na przykład kiedy długo noszę czerwone paznokcie. Ale niebieska i to tak bardzo! No nie była jeszcze nigdy. Nie chciałabym, żeby to się kiedykolwiek powtórzyło. Paznokcie mimo, że były golaskami, miały siny odcień, wyglądały ochydnie i niezdrowo, po prostu fatalnie. Do tego przykrego incydentu doszło w ubiegłym tygodniu i na szczęście dziś już paznokcie wyglądają normalnie. Przebarwienie zniknęło (wyszorowałam je sokiem z cytryny i szczoteczką ryżową, wymoczyłam w wannie i tak dalej…). Nie zmienia to jednak faktu, że trochę się zraziłam :)

No i na koniec tylko krótka informacja skąd mam wzorki na piaskowym lakierze ;) Pochodzą one z płytki z Born Pretty Store, która ma numer BP-L012, a całość wygląda tak:Od dawna chciałam jej użyć i teraz akurat się przydała :) Nie wiem jak Waszym zdaniem, ale moim (skromnym!) obydwa odbite wzorki wkomponowały się całkiem nieźle i efekt końcowy jest ciekawy i niecodzienny :)

To tyle na dziś. Mam nadzieję, że jutro również będę miała wenę na nową notatkę ;) Buźka :*