379, 380, 381 – limonkowy zawrót głowy

Moje drogie Panie, jeszcze przez małą chwilę zostaniemy w temacie zieleni :) Jakoś tak mi się ostatnio spodobały wszelkie jej odcienie. Może nieświadomie próbuję przywołać wiosnę? ;) Poprzednio pokazałam Wam piękną butelkową zieleń, a tym razem skupimy się na zdecydowanie bardziej rozrywkowym odcieniu, jakim jest limonka :) I w dodatku spotkała się na moich paznokciach z wesołymi biało-żółto-zielonymi drobinkami :D Istne szaleństwo! Aż sama nie wiem czy nie przesadziłam z ilością pstrokacizny :) Zobaczycie i same ocenicie ;)

Pomysł niewątpliwie rozpoczął się od lakieru essence numer 138 L.O.L. Ciekawą ma nazwę ten cudak, nieprawdaż? Kupiłam go chyba z rok temu i jakoś nie miałam weny żeby coś z nim zrobić. Ale że ostatnio mam natchnienie na wszelakiego rodzaju kolory od essence, tak też i ta wesoła limonka wpadła mi w ręce. Zastanawiałam się czy pokazać go jako samodzielny lakier, czy z czymś go skomponować. Jak widać na zdjęciach wybrałam drugą opcję. Z żółcią mi się trochę zlewał, z pomarańczami wyglądał mocno wyskokowo, czerwienie i róże jakoś mi tu nie pasowały, fioletów ostatnio używam aż za dużo, połączenie z czernią wyglądałoby jakby toksycznie i tak dalej, i tak dalej… Myślałam o szarości. Ale wtedy dostrzegłam szarawy beż, który wydawał się być odpowiednim kompanem dla mojej limonki :) O nim opowiem za chwilę, a teraz chwilę o samym L.O.L.

Jako pojedynczy lakier bardzo dobrze kryje (dwie cienkie warstwy), całkiem nieźle wysycha, ma fajną, solidną konsystencję, nie spływa na skórki i co ważne – jakoś tragicznie ich nie brudzi (wiecie, przy zmywaniu). Niestety niektóre zielenie, a właściwie większość z nich ma to do siebie, że farbują palce podczas usuwania manikiuru. Ten lakier akurat tego problemu nie stwarzał :) Co jeszcze mogę o nim powiedzieć… Ma kremową konsystencję, beż żadnych drobinek, nie smuży, nie prześwituje. Ogólnie lakier na duży plus, z tym że na pewno nie każda z Was skusi się na taki odważny kolor na paznokciach ;)

A teraz pytanie: kim jest jego towarzysz, który razem z nim tworzy gradient? :)

Cóż za niespodzianka! To znowu essence! :D Tym razem padło na numer 168 love me, cupcake! :) Uwielbiam go. Jego barwa jest dla mnie w 100% beżem idealnym. Pewnie już Wam mówiłam, że nie jestem jakąś wielką fanką ciepłych odcieni beżu. Wolę zdecydowanie te zimniejsze. Nie mam pojęcia czym to jest spowodowane. Spotkałam się kiedyś z nazwą cafe latte, która niby ten właśnie konkretny kolor opisywała, mi jakoś tak nie do końca to pasuje ;) Nie będę żadnych swoich nazw wymyślała, bo mi się jakieś dziwaczne słowotwórstwo załączy i nikt mnie nie zrozumie :)

Kryje lepiej niż limonka (jedna warstwa wygląda już dobrze). Wysycha szybko, nie ścieka po paznokciu, bo nie jest zbyt rzadki. Idealnie się nadaje na szybkie malowanie. Niezobowiązujący, ale błyszczący. Dłonie nie rzucają się w oczy, ale wyglądają na zadbane. Wiecie, że mogłabym tak pleść o jego zaletach długo, ale nie chcę tego robić. Po prostu trafia w mój gust ;) Ale… No właśnie, jest jedno ale… Bez topu odpryskuje przeważnie już drugiego dnia. Trzeciego dnia niejednokrotnie zauważałam na powierzchni paznokcia takie drobniutkie popękania, ja to nazywam pajęczynką. Końcówki również się szybko ścierają. Dlatego aby cieszyć się ładnymi paznokciami przez kilka dni jedna warstwa lakieru nie wystarczy… I przydałaby się również warstwa jakiegoś utrwalającego topu ;)

Z tych dwóch lakierów postanowiłam stworzyć gradient. Z racji że obydwa są dobrze kryjące wyszło to całkiem nieźle. W sumie fajnie wyglądały bez tych wszystkich drobinek, ale coś mi strzeliło do głowy i w końcu nałożyłam jedną warstwę lakieru Life KROPKI numer 07. I efekty są, jakie są. Nie przesadziłam? :P

Tego malucha możecie znaleźć jedynie w drogeriach Super-Pharm i kosztuje standardowo 4,99zł, ale bardzo często podlega różnego rodzaju promocjom. Life ma ogromną ilość kolorów do wyboru, więc myślę, że każda z Was znalazłaby coś dla siebie ;) Cena jest okej, a i jakość wcale nie jest zła.

I co o tym wszystkim myślicie? Coś byście zmieniły? Dodały? Chociaż może lepiej nie… Odjęły? ;) Czekam na komentarze :) Buziol :*

P.S. Boziu! Jest już 1:40! Lecę spać…

325, 326, 327, 328 – skoro już mowa o SANDY…

Mam ich jeszcze kilka w zanadrzu. I są równie ładne, jak opisywany w poprzedniej notatce Blue Sparks. Tym razem postanowiłam je nieco bardziej pomieszać i do zdobienia użyłam aż czterech różnych kolorów. A co mi tam! Jak szaleć, to szaleć! :D W końcu na paznokciach można zrobić wszystko ;)

Zacznę od lakieru bazowego, jakiego użyłam. Delia Coral Prosilk numer 158 to w gruncie rzeczy bardzo niepozorny lakier. Kupiłam go w drogerii Super-Pharm około roku temu i tak naprawdę nie miałam co do niego żadnych konkretnych planów, a już zwłaszcza nie spodziewałam się po nim jakiejś nadprzyrodzonej jakości.

Jego kolor określiłabym jako delikatną, pastelową brzoskwinię. Po odkręceniu lakieru pierwsza rzecz jaka mnie zaskoczyła, to miniaturowy pędzelek. Jest tak króciutki i wąski, że aż sprawia wrażenie nieproporcjonalnego! Nawet niewielkie pędzelki Parisów czy Selenek to przy nim jakieś olbrzymy. Jak malować?! No właśnie niestety średnio wygodnie… Musiałam się sporo namachać żeby pomalować dokładnie wszystkie paznokcie tymi kilkoma włoskami na krzyż… Całe szczęście, że lakier jest przynajmniej dobrze kryjący, bo gdyby jeszcze pod tym względem tak mnie niemiło zaskoczył, pewnie rzuciłabym go w kąt na wieczne zapomnienie. Ale nie było tak źle ;) Pierwsza warstwa kryła, powiedziałabym – dobrze. Jednak aby efekt końcowy był więcej niż dobry musiałam położyć też drugą warstwę lakieru (i znowu musiałam machać w nieskończoność tym pędzelkiem-mikruskiem!). Całe szczęście, że przynajmniej konsystencja i czas wysychania były w porządku. Lakier należy do tych rzadszych i mocno lejących się, dlatego musiałam ostrożnie dobierać odpowiednią ilość jaką można przenieść na paznokieć. Jakoś w końcu dobrnęłam do końca i wtedy zaskoczył mnie czas wysychania. Był zadziwiająco szybki :) Po upływie około pół godziny mogłam dalej tworzyć cuda wianki na swoich paznokciach :) A konkretnie…

Zaszalałam trochę. Z jednej strony mówi się, że co za dużo, to nie zdrowo. Z drugiej jednak strony ja sobie tłumaczę to tak: Kiedy będę malowała paznokcie na wszystkie kolory tęczy? W wieku emerytalnym? Niee… Więc robię to teraz :P Piaskowe lakiery, których użyłam to: 171 RED SURPRISE, 173 SEA GREEN oraz 174 VIOLET STAR. Oczywiście wszystkie trzy są z półki mySecret (od razu wspomnę, że nie wiem czy są jeszcze dostępne).

Ich jakość opiszę, że się tak wyrażę, grupowo, ponieważ właściwie jest taka sama w każdym przypadku. Wszystkie trzy są dobrze kryjące, jednak gdy używałam ich jako pojedynczych lakierów (w sensie nie na inny lakier, tylko solo) to wolałam jednak nałożyć dwie warstwy. Jedna zostawiała odrobinę prześwity… Czas wysychania bardzo dobry. Paznokcie właściwie błyskawicznie robiły się suche :) Chyba dotyczy to znaczącej większości piaskowych lakierów. Wytrzymałość całkiem niezła – lakiery mi w ogóle nie odpryskiwały, jedynie mogę się poskarżyć na starte końcówki (normalka…). I cóż by Wam tu jeszcze dodać… Właściwie to już wszystko ;) No chyba że mam jakieś zaćmienie i powinnam o czymś wspomnieć, ale kompletnie mi to wyleciało z głowy… Cóż. W razie czego – dopiszę :D A teraz jeszcze dorzucam zdjęcia na deser i uciekam spać :) Przed południem spodziewajcie się kolejnego wpisu ;) Buziaki :)