488 – Cherry d’amour

Przez cztery ostatnie dni się leniłam, więc już najwyższa pora zrobić kolejną notatkę ;) Dziś pokażę Wam ostatni lakier z Bourjois La Laque jaki (póki co!) mam, czyli numer 8 Cherry d’amour. Jest to bardzo ładna wisienka, gładka, kremowa, bez wszelkiego rodzaju i maści błyskotek. Taka wiecie, klasyka w najczystszej postaci :) Myślę, że każda elegancka kobieta ma w swoich zbiorach lakier w takim lub mocno zbliżonym kolorze.

Cóż mogę rzec… W oryginalnej, umówmy się: niepowtarzalnej buteleczce kryje się lakier (w sumie co innego miałoby się kryć…). Nie byle jaki lakier! Lecz piękny i porządny! :) Ma mięciutki pędzelek o okrągłym profilu, który niczym wachlarz rozkłada się na paznokciach. Jest dosyć rzadki, ale nie spływa nadmiernie na płytkę, ponieważ dzięki wyprofilowanemu trzonkowi (nie wiem za cholerę jak inaczej nazwać plastikowy fragment, który łączy nakrętkę z włosiem) z wyciętymi pionowymi rowkami siedzi tam, gdzie jego miejsce i zostaje go po jednym maźnięciu na paznokciu dokładnie tyle, ile powinno! Pierwsza warstwa kryje już całkiem nieźle i na upartego mogłaby wystarczyć, ale preferuję nakładanie dwóch, bo: nie ścierają się tak szybko końcówki, ma wyrazisty kolor, generalnie jest wytrzymalszy. Wysychanie do błyskawicznych nie należy, ale nie jest też jakoś strasznie uciążliwe. Co ważne, nie farbuje skórek podczas zmywania. Plus dla niego! Jak już wyschnie, to ma ładny połysk. Nie trzeba go dodatkowo traktować żadnym nabłyszczającym topem, bo nie ma absolutnie takiej potrzeby. Chyba, że pracujecie z dokumentami i nie chcecie mieć wszystkiego w czerwone rysy, wtedy owszem – top jest wskazany ;)

A teraz po cichu wspomnę o wadach tej ślicznej wiśni: odpryskuje po trzech dniach! Ciut za szybko, jak na lakier w cenie porównywalnej do osławionych Essie. W sumie używam go często, bo już zużyłam około 25% zawartości buteleczki i niemalże za każdym razem po trzech czy maksymalnie czterech dniach zmuszona jestem zmieniać manikiur. Czemu więc często go używam, skoro się kiepsko trzyma? Bo się nim super komfortowo i szybko maluje paznokcie, bo ma ładny odcień, bo pięknie błyszczy. Ot, cała filozofia!

I koniec. Na więcej nie mam weny. To nie mój dzień. Mam już piasek pod powiekami, więc prawdopodobnie najwyższa pora kłaść się spać. Jutro też jest dzień! I znowu idziemy do pracy! Widzimy się wieczorem na blogu ;) Buźka! :*

371, 372 – bordowo-fioletowe znaczki

Pisałam na facebook’u, że zamówiłam przez internet 91 nowych lakierów. Może część z Was widziała ten post :) Chodziło o nowość Golden Rose, czyli miniaturowe lakiery WOW! Nail Color. Dotarły one do mnie już jakiś czas temu i nawet kilka zdążyłam przetestować ;) Dziś pokażę Wam dwa z nich i opowiem jak mi się z nimi współpracowało. Oglądajcie i czytajcie:

Wybaczcie ilość zdjęć ;) Wszystkie jednak wydały mi się dość dobre, aby je opublikować. Na pierwszy ogień idzie bordowy metalik, który użyłam w ogóle jako pierwszy po dotarciu przesyłki. Połączyłam go z ładnym, kremowym fioletem i dodałam do tego stemplowe wzorki. Wyszło całkiem fajnie, ale prawda jest taka, że na początku bałam się co wyjdzie z połączenia tych dwóch kolorów. Jakoś mi tak nie do końca grał ten mix. Okazuje się, że można połączyć ze sobą niemalże wszystkie barwy :) Zależy tylko jak to zrobimy ;)

O samych lakierach opowiem razem, dlatego że mają właściwie identyczne właściwości, a kolorów opisywała nie będę, bo widzicie je same na powyższych zdjęciach :)

A więc: bordo to numer 55, a fiolet to 62. Lakiery mają maleńkie buteleczki, w których mieści się jedynie 6ml lakieru. Wyglądają uroczo :) Pędzelek jest niewielki, jednak znacząco różni się od tych z Parisów czy Selenek, ponieważ jest spłaszczony i prosto ścięty. Bardzo wygodnie mi się nimi malowało paznokcie. Mają ‚zwartą’ konsystencję, nie leją się, mała kropla wystarczy dla pokrycia całej płytki. I co najważniejsze – kryją przy pierwszej warstwie! Tak, sprawdziłam już kilka kolorów. Seria jest niesamowicie dobrze kryjąca. Myślę, że wcale w tej kwestii nie ustępują serii Rich, którą ubóstwiam między innymi właśnie za krycie. Po za tym całkiem szybko wysychają i utrzymują się dobrze na paznokciach przez minimum cztery dni.

Nie mam zupełnie do czego się przyczepić jeśli chodzi o te lakiery. Naprawdę :) Jest to moja nowa miłość i martwi mnie jedynie ich pojemność, ponieważ lubię ich używać, a boję się, że zużyję całą buteleczkę jakiegoś koloru :P Całe szczęście, że nie są drogie (3-4zł), więc w razie czego będę sobie mogła jeszcze jakiś dokupić ;) Swoje zamówiłam na Allegro, ale są również dostępne w sklepach czy na wyspach Goldenów. Być może nie wszędzie, bo tak naprawdę są bardzo krótko na naszym rynku, ale mam nadzieję, że niebawem będą już ogólnodostępne ;)

I pierwsza notatka o moich nowiutkich Goldenach dobiegła końca :) Nie chcę Wam pokazywać wszystkich 91 na raz, bo już będziecie wiedziały co mam i kolejne wpisy nie będą już żadnym zaskoczeniem ;) A więc czekajcie na kolejne kolory na blogu :) Buźka :*